Nie-światowy fenomen. Nasza recenzja drugiej części „Insygniów śmierci”

19Lip11

Auć. To bolało. Ostatnia, ósma część ekranizacji siedmioczęściowej sagi, dała ciała, podobnie zresztą jak poprzednia. Twórcy przeznaczyli więcej czasu w kadrze dla ładnych efektów specjalnych, niż chociażby sensownych dialogów. I wszystko po to, by zadowolić masy. Panie Yates, misja wykonana. Druga część „Insygniów śmierci” bije wszelkie możliwe rekordy w box office. Szkoda, że kosztem książki, która powinna była się doczekać zdolniejszego reżysera i, przede wszystkim, scenarzysty.

https://i2.wp.com/www.dogatemywookie.co.uk/wp-content/uploads/2011/03/harry-potter-and-the-deathly-hallows-part-ii-original1.jpg

Harry Potter powrócił, aby zniszczyć wszystkie istniejące horkruksy. Uciekł goblinom w Banku Gringotta, uciekł przed strasznym smokiem, uciekł przed Voldemortem, uciekł przed Śmierciożercami, żądnymi krwi poplecznikami Czarnego Pana, uciekł przed podróbką Balroga w Pokoju Życzeń, udało mu się nawet uciec od wspomnień Severusa Snape’a… Ale zabili go. I znowu uciekł.

Pojęcie fabuły filmu dla osób nieznających książki, szukających w obrazie ciekawej historii, nie zaś efektownych błysków, rozdmuchiwanych romansów, czy pseudowniosłych przemów bohaterów, może być zadaniem rzeczywiście dość trudnym. Steve Kloves, autor scenariusza do wszystkich filmów o Potterze, tym razem postanowił samodzielnie zinterpretować powieść J. K. Rowling, wprowadzając sceny, których nie było, a drastycznie tnąc te, które były i miały fundamentalne znaczenie dla rozwoju fabuły w literackim pierwowzorze.

https://i2.wp.com/1.fwcdn.pl/ph/60/21/476021/247345.1.jpg

Reżyser natomiast, jak to miał w zwyczaju w poprzednich częściach, i tu wprowadził swoje bardzo oryginalne poczucie humoru, które było zupełnie nie na miejscu i zupełnie nie wpasowało się w klimat całej produkcji.

Tak, o dziwo, klimat film posiadał, przynajmniej w niektórych fragmentach. Choć czasami ciężko było go odczuć. Tracił na wartości, przysłaniany głupkowatym scenariuszem i słabą grą większości młodych aktorów (na plus jedynie rola Emmy Watson).

Smaczną malinką na tym bardzo niesmacznym i tłustym w efekty torcie była muzyka: dobre połączenie oryginalnej ścieżki Alexandre Desplata z utworami skomponowanymi już wcześniej przez Johna Williamsa.

Jak zwykle miło zobaczyć znane twarze. Helena Bonham Carter, Robbie Coltrane, Warwick Davis, Ralph Fiennes, Jason Isaacs, Alan Rickman, Gary Oldman, John Hurt, Michael Gambon, Maggie Smith, David Thewlis, Julie Walters, Emma Thompson – zebranie ich wszystkich w jednym filmie to już samo w sobie dzieło sztuki.

Jednak niesmak pozostanie – nawet na dłuższy czas. Harry Potter to jeden z największych fenomenów XXI wieku, czego z pewnością nie można powiedzieć o filmie „Deathly Hallows: Part 2”.



One Response to “Nie-światowy fenomen. Nasza recenzja drugiej części „Insygniów śmierci””

  1. To ciekawe, jak różne mogą być reakcje. Osobiście nie zgadzam się z tą recenzją. Wydaje mi się, że film należy do czołówki potterowych ekranizacji, choć – owszem – książka zasłużyła na lepszego reżysera od Yatesa.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: